piątek, 30 październik 2020
Michał Kocięba: Spełniłem swoje marzenia

Uwielbia Érica Cantonę, odbierał telefony od zawiedzionych kibiców podczas mundiali, widział, jak prezes Leśnodorski jeździł na deskorolce, na boisku rywalizował z Francesco Toldo, a dziś pracuje z młodymi adeptami futbolu i chce rozwijać sport w Grójcu. Z Michałem Kociębą, grójczaninem, byłym rzecznikiem prasowym PZPN-u i Legii Warszawa, rozmawia Dominik Górecki.

Dominik Górecki: Wiele lat spędził Pan w potężnych organizacjach, Polskim Związku Piłki Nożnej (PZPN), Legii, NC+. Teraz przyszedł czas na prowadzenie własnej szkółki piłkarskiej Mundialito. Nie brakuje Panu salonów, gwiazd i całej tej medialnej otoczki związanej z wielkim futbolem?

Michał Kocięba: Jeśli czegoś brakuje, to pewnie tych emocji towarzyszących mi podczas meczów, które współorganizowałem, i w których uczestniczyłem. Praca z najlepszymi polskimi piłkarzami była wspaniałą przygodą. Dzięki temu, trochę okrężną drogą, spełniłem swoje marzenia. Jako młody człowiek marzyłem, by zostać piłkarzem i grać w reprezentacji Polski. Ani talentu, ani zdrowia jednak nie starczyło, by to osiągnąć. Natomiast udało mi się w reprezentacji i Legii znaleźć się w innej roli, co również było fantastyczną przygodą. Teraz funkcjonuję w futbolu na zupełnie innym poziomie, co nie oznacza, że nie daje on równie wiele satysfakcji. Patrzenie na rozwój dzieci, na radość, jaką czerpią z uprawiania sportu, jest fantastyczną rzeczą. Realizuje teraz swoje marzenie, które we mnie dojrzewało. Kiedyś były wielkie instytucje, a teraz słucham głosu swojego serca.

Nauczanie, nawet jeśli chodzi o piłkę nożną, to spore wyzwanie...
Jak zakładałem akademię, moja wspaniała teściowa - nauczycielka mówiła, że wreszcie zobaczę, jaki jest to ciężki kawałek chleba. Praca z dziećmi jest bardzo wymagająca. Trzeba wiele cierpliwości, by zobaczyć efekty swojej pracy. Mam 11-letniego syna, który od trzeciego roku życia ćwiczy piłkę nożną. Obserwowałem z uwagą funkcjonowanie i organizację szkółek, w których był. I niektóre rzeczy mi się podobały, inne mniej. W końcu postanowiłem zrobić to po swojemu i staram się budować FC Mundialito tak, jakbym to robił dla własnego dziecka, by wszystko było na jak najwyższym poziomie, a dzieciaki miały mnóstwo frajdy z uprwiania sportu.

Mógł Pan z bliska obserwować szkolenie młodzieży w Legii, w reprezentacjach młodzieżowych. Przemyca Pan w swojej szkółce jakieś wzorce, które Pan wtedy zaobserwował?
W każdej pracy, którą wykonywałem, starałem się podpatrywać najlepsze wzorce i wprowadzać je, oczywiście w miarę możliwości, do swoich projektów. Podobnie jest w Mundialito. Czym innym są jednak akademie topowych klubów Ekstarklasy, gdzie jest ogromna rywalizacja, a czym innym nasza szkółka, w której głównym celem jest indywidualny rozwój młodych piłkarzy i piłkarek, ale też świetna zabawa i zaszczepienie w dzieciach pasji do sportu.

Jest jakiś trener lub pedagog sportowy, którego Pan szczególnie ceni?
Z uwagą śledzę poczynania kolegów, byłych piłkarzy z którymi pracowałem, a dziś trenują dzieci. Widziałem też z bliska pracę najlepszych polskich trenerów - takich jak Jan Urban, Paweł Janas, Maciej Skorża czy Jacek Magiera, ale elementów seniorskiej piłki, nie da się przenieść 1:1 do pracy z dzieciakami. Chociaż od trenera Urbana można z pewnością czerpać pełne optymizmu, takie “hiszpańskie” podejście do piłki i życia.

A jaki piłkarz powinien być wzorem dla młodych adeptów futbolu?
Nikogo nie zaskoczę, bo powiem, że Robert Lewandowski. Jego kariera mocno działa na wyobraźnię zarówno dzieci, jak i ich rodziców. Wystarczy zobaczyć, jak w czasie pandemii ćwiczył indywidualnie. Prawdziwy piłkarski gladiator. Jest gwiazdą na boisku i poza nim. Ale jest też Arkadiusz Milik, jest Piotr Zieliński, są wspaniali polscy bramkarze. Nie musimy patrzeć tylko na Messiego.

A kogo Pan podziwiał jako młody chłopak?
Érica Cantonę. Muszę przyznać, że też byłem trochę takim boiskowym łobuziakiem jak mój idol. Miałem jego plakaty, grałem – tak jak on – z numerem siódmym, miałem postawiony kołnierzyk. Ale – w odróżnieniu od niego – nie miałem zatargów z kibicami (śmiech).


Niedawno został Pan powołany do Grójeckiej Rady Sportu. Czego spodziewa się Pan po tej instytucji?
Z założenia ma być to ciało doradcze dla burmistrza Grójca. Uważam, że stworzenie takiej instytucji to bardzo dobry pomysł, bo Grójec będzie się rozwijał na każdej płaszczyźnie, również sportowej. Cieszę się, że burmistrz chce mieć w swoim otoczeniu osoby, które funkcjonują w sporcie i go “czują”. W radzie znaleźli się ludzie z różnych dyscyplin. Dzięki tej burzy mózgów – mam nadzieję – uda się zrobić dla miasta coś dobrego.

Mamy tu mnóstwo talentów. Młodzi grójeccy koszykarze są jednymi z najlepszych w Polsce. Dlaczego futboliści mieliby nie podążyć ich śladem?
Nurtuje mnie jedna rzecz: dlaczego w Grójcu do tej pory nie udało się wychować piłkarza, który zaistniałby w reprezentacji Polski, albo chociaż w Ekstraklasie? Inne, znacznie mniejsze miejscowości, mają swoich przedstawicieli w poważnym futbolu. Popatrzmy choćby na wychowanków Legii z naszego regionu kraju m, Rafała Wolskiego czy Dominika Furmana (jeden pochodzi z Głowaczowa, drugi z Szydłowca – red.). Wydaje mi się, że nasz lokalny futbol zaczyna dostrzegać potrzebę coraz lepszej pracy z dziećmi od najmłodszych lat. A one garną się do piłki, więc możliwe, że za jakiś czas usłyszymy o młodym chłopaku z naszych stron, który podbija Ekstraklasę. A jeśli chodzi o przeszłość. Przez całe lata, także wtedy, kiedy ja grałem w piłkę w Mazowszu i Pilicy Białobrzegi, okoliczne kluby miały bardzo dobre drużyny juniorskie. Młodzi utalentowani zawodnicy z Grójca nie dostawali jednak szans w pierwszym zespole, ponieważ sprowadzano piłkarzy z Warszawy. Uważam, że lokalne drużyny z mniejszych miast powinny bazować na wychowankach. Nawet kosztem wyników. Na mecze wówczas przychodziłyby ich dziewczyny, rodzice, znajomi. Na pewno na trybunach byłoby więcej ludzi, którzy żyliby klubem, a najlepsi zawodnicy i tak mogliby się wybić i trafić do mocniejszych klubów.

Był Pan rzecznikiem prasowym PZPN-u za czasów, kiedy organizacją rządził Michał Listkiewicz. Jakim był prezesem?
Wspaniały człowiek. Dał mi, młodemu dziennikarzowi, ogromną szansę, powierzając bardzo odpowiedzialne stanowisko. Był moim mentorem. Wiem, że jego wizerunek ucierpiał przez aferę korupcyjną, ale szefem był wyjątkowym. Mimo dużej różnicy wieku zaprzyjaźniliśmy się i zawsze mogę do niego zadzwonić i poprosić o to, żeby pojawił się na turnieju dzieci i wręczył nagrody, albo nawet posędziował, bo on żyje futbolem i tym dużym i małym - niezależnie czy to reprezentacja czy B-klasa czy mecz Skrzatów. Wciąż jest aktywny zawodowo, obecnie propaguje w Polsce teqball (gra wpiłkę na zakrzywionym stole – red.) Mi też się teqball spodobał. Będziemy chcieli rozwijać tę dyscyplinę, która jest dobrym uzupełnieniem szkolenia piłkarskiego.

Wspomniał Pan, że wizerunek prezesa ucierpiał przez aferę korupcyjną. Gdy dziś ktoś mówi, że Michał Listkiewicz przymykał oko na ustawianie meczów, to chce Pan bronić swojego byłego szefa czy pojawia się jednak myśl, że mógł zrobić coś więcej, by przeciwdziałać korupcji?

W przeszłości nie było instrumentów prawnych sankcjonujących korupcję w futbolu i pozwalających ścigać ludzi ustawiających mecze, co sprawiało, że czuli się oni bezkarni. PZPN w ramach swoich przepisów dyscyplinarnych zrobił wtedy wiele, by wyeliminować nieuczciwe osoby ze świata piłki. Trochę szkoda, że na czas pracy Michała Listkiewicza w PZPN-ie patrzy się przez pryzmat afery korupcyjnej. Ale trzeba mówić o problemach. Świat piłki nie może udawać, że ich nie było. Chciałbym jednak, by tamta kadencja prezesa była też kojarzona z grą na mundialach i w mistrzostwach Europy czy powierzeniem Polsce organizacji EURO 2012. Nasza piłka zaczęła wówczas zmierzać w dobrą stronę. Mam nadzieję, że korupcja jest już za nami. Natomiast widzę duże zagrożenie w zakładach bukmacherskich, które mogą wpływać na czystość sportu.

Co w środowisku mówiło się o barażu Szczakowianki ze Świtem albo o sprawie sędziego Antoniego F., który pieniądze chował w kole zapasowym?
Z bardzo bliska obserwowałem sprawę tego pamiętnego barażu, bo brałem udział w we wszystkich posiedzeniach wydziału dyscypliny. Mogę jedynie powiedzieć, że władze PZPN-u były zdeterminowane, by usunąć z futbolu wszystkich ludzi odpowiedzialnych za korupcję.
Listkiewiczowi i całemu PZPN-owi bardzo obrywało się od Jana Tomaszewskiego. Było nerwowo po wypowiedziach „Tomka”?
Jan Tomaszewski rzeczywiście był dyżurnym krytykiem PZPN-u i jego wypowiedzi ponosiły ciśnienie ludziom w Związku. Ja osobiście Pana Jana, gdy się poznaliśmy, bardzo polubiłem, mieliśmy dobry kontakt. Raz nawet wystąpiliśmy razem w show telewizyjnym prowadzonym przez Jerzego Kryszaka. Pan Jan wcielił się w moją rolę rzecznika prasowego PZPN. Co najlepsze, ta zamiana ról miała być dla niego niespodzianką. Ekipa telewizyjna starała się, żebyśmy nie spotkali się przed nagraniem. Ale wyszło tak, że zobaczył mnie w stołówce. Musiałem wymyślić jakąś bajeczkę, żeby usprawiedliwić swoją obecność w studio w Krakowie.

Pracował Pan też ze Zbigniewem Bońkiem, człowiekiem niezwykle pewnym siebie, chcącym przekonać każdego do swojego zdania.
Zbigniew Boniek w każdej roli zawsze chce być numerem 1. Ma mnóstwo energii i świetnych pomysłów. Zrobił i wciąż robi wiele wspaniałych rzeczy dla polskiej piłki. Uważam, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Często trzaskały drzwi po dyskusjach Listkiewicza z Bońkiem?
Na to pytanie najchętniej odpowiedziałbym: „pomidor” (śmiech). Obaj mają silne charaktery, choć różne osobowości i temperamenty i obaj chcieli stawiać na swoim. Jednak dzięki temu, że ich koncepcje czasem się ścierały wychodziły z tych “burz” dobre rzeczy.


Ile jest prawdy w tym, że mundiale 2002 i 2006 zawaliliśmy przez to, że atmosfera w kadrze się psuła po dość kontrowersyjnych powołaniach selekcjonerów? Engel nie zabrał do Korei Iwana, a Janas do Niemiec Dudka i Frankowskiego.
Co wydarzyło się w kadrze, musi zostać w kadrze. Nawet jeśli miałem okazję widzieć niektóre rzeczy z bliska, to nie będę o nich mówił. Zdaję sobie sprawę, że kwestie personalne zawsze rozpalają wyobraźnię kibiców. Zawsze będziemy się zastanawiać, dlaczego tak wyszło. Może po prostu na tyle było nas wtedy stać? Pamiętajmy, że po wielu latach przerwy wracaliśmy na światowe salony. Pamiętam natomiast, że kibice byli bardzo zawiedzeni. Czerwiec 2002 roku to były moje początki w PZPNie i w czasie mistrzostw byłem w Warszawie. Odbieraliśmy wówczas liczne telefony od sfrustrowanych kibiców. To nie były spokojne rozmowy.

Po odejściu z PZPN-u trafił Pan do Legii, czyli kolejnej instytucji będącej w ogniu krytyki. Tym bardziej, że władze klubu były w konflikcie z kibicami, a wyniki pozostawiały wiele do życzenia.
PZPN nie był – delikatnie mówiąc – ulubioną instytucją polskiego społeczeństwa. Stamtąd trafiłem do Legii, która też działała pod ogromną presją. Choć budowano wtedy nowy stadion i klub się rozwijał, był to bardzo trudny czas ze względu na konflikt właścicieli z kibicami. Napięta atmosfera nie wpływała dobrze na wyniki. Na szczęście potem zaczęło się to zmieniać na lepsze.

W Legii miał Pan kolejnego charyzmatycznego szefa, Bogusława Leśnodorskiego. Mówiono wtedy, że klub nie potrzebuje rzecznika prasowego, bo prezes bryluje w każdym wydaniu „Przeglądu Sportowego”.
To człowiek bardzo medialny, świetnie czuje się w relacjach z dziennikarzami. Z prezesem Leśnodorskim dobrze mi się pracowało. Do dziś mamy znakomite relacje. Starałem się gdy zaczynał “panowanie” na Łazienkowskiej niektóre furtki mu otworzyć, niektóre rzeczy podpowiedzieć. Jeśli chodzi o jego osobowość, jest wielkim oryginałem. Te wszystkie anegdoty o tym, że miał szafę grającą w gabinecie albo o tym, jak jeździł na deskorolce po korytarzu biura, są prawdą.
Sprawia Pan wrażenie osoby niekonfliktowej, ale na pewno w piłkarskim świecie spotkał Pan kogoś, kogo dobrze nie wspomina.
Zdarzały się trudne relacje. Z perspektywy czasu patrzę na te sytuacje z dystansem. Czasem to ja miałem racje, a czasem nie. Może ciężko w to uwierzyć, ale nie żywię do nikogo urazy i każdemu dobrze życzę.

Gra Pan w Reprezentacji Polski Dziennikarzy. To nie tylko zabawa w piłkę, ale także działalność charytatywna. Ostatnio w czasie pandemii pomagaliście seniorom.

Z reprezentacją dziennikarzy jestem związany od 2005 roku. Dziennikarze mimo wszystko chyba na tyle mnie lubili jako rzecznika, że zaprosili do swojej drużyny (śmiech). Dzięki temu miałem szansę grać m.in. z drużynami oldbojów Legii, Lecha, z „Orłami Górskiego”, a nawet oldbojami Interu ze słynnymi Francesco Toldo i Dino Baggio w składzie. Poza piłką, za którą wciąż z pasją biegamy, staramy się też angażować społecznie i charytatywnie. Ostatnio pomagaliśmy seniorom w ramach akcji #GOTOWIDOPOMOCY, a wcześniej m.in. biednym dzieciom w Afryce. Wspieramy też sport osób niepełnosprawnych. To dla nas bardzo ważny aspekt działań stowarzyszenia.


Jako dziennikarz i rzecznik widział Pan sporo. Nie kusi Pana, żeby swoje doświadczenia opisać w książce? Publikacje sportowe dobrze się sprzedają.
Kiedyś o tym nawet myślałem, ale uważam, że rzecznik prasowy nie powinien opowiadać o tym, co widział za kulisami i zachować swoje doświadczenia w dyskrecji. Co wydarzyło się w szatni, niech zostanie w szatni.