piątek, 18 wrzesień 2020
Polityka go pociągała

- Książę Zdzisław Lubomirski nie znał się na gospodarowaniu, ale bardzo lubił Małą Wieś pod Grójcem - mówi Magdalena Jastrzębska, autorka książki „Książę Regent. Opowieść o Zdzisławie Lubomirskim” w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

Co panią tak mocno zainteresowało w księciu Zdzisławie Lubomirskim, że postanowiła pani poświęcić czas na napisanie o nim książki?
Książka o księciu Lubomirskim nigdy nie powstałaby gdyby nie fakt, że rok wcześniej opublikowałam biografię jego prababki  - Klementyny Walickiej, właścicielki pałacu w Małej Wsi. Podczas spotkania promującego biografię, które odbyło się w herbaciarni pałacu
małowiejskiego, dyrektor pałacu Tomasz Barański, podsunął mi myśl, by napisać o Lubomirskim. Czas był wyjątkowy, ponieważ zbliżały się obchody stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Książę Zdzisław Lubomirski był jedną z wielkich postaci tamtych czasów, o której, niestety, zapomniano. Wniósł też niepodważalny wkład w budowę polskiej państwowości. Był postacią fascynującą i charyzmatyczną. Temat szybko mnie pochłonął i w ciągu mniej więcej 8 miesięcy powstała książka.

Jaką rolę w życiu księcia Lubomirskiego i jego rodziny odgrywały dobra w Małej Wsi pod Grójcem?
Zdzisław Lubomirski odziedziczył Małą Wieś po rodzicach – księciu Tadeuszu i Marii z Zamoyskich. Maria była wnuczką wspomnianej już Klementyny Walickiej, która pokochała Małą Wieś, dbała o nią, założyła piękne ogrody, sprowadzała do nich różne gatunki kwiatów. Zdzisław nie znał się na gospodarowaniu, z czasem majątek był coraz bardziej zadłużony, nie mniej bardzo lubił Małą Wieś. Życie jednak złączył z Warszawą, której był przecież nawet prezydentem. Lubił życie światowe, posiedzenia w klubie, przyjęcia, wizyty, bale. Dlatego też do Małej Wsi przyjeżdżał w zasadzie jedynie na krótki wypoczynek i oczywiście na polowania, na które zapraszał rodzinę i przyjaciół. Słynne polowania na kuropatwy w Małej Wsi nie miały podobno sobie równych. Małą Wieś uwielbiała za to jego żona Maria z Branickich,spędzali tu wszystkie rocznice ślubu. Chcąc zrobić przyjemność żonie Zdzisław zabierał ją z Warszawy i przyjeżdżali na wieś niekiedy tylko na jeden dzień. Cieszyli się wówczas ciszą i pięknem ogrodów.

Dlaczego jego zasługi dla odzyskania przez nasz kraj niepodległości są pomijane i zapominane? Może pani opowiedzieć naszym czytelnikom o tych zasługach?
Swą wielką popularność zyskał Lubomirski jako prezydent Warszawy. W bardzo trudnym, wojennym czasie pomagał miastu i ludziom. Charyzmatyczny, odważny przeciwstawiał się Niemcom i mówiono często, że tylko on mógł sobie na takie zachowania pozwolić. Niestety popularność prezydenta skończyła się wraz z przyjęciem godności regenta. Lubomirski wahał się długo, wiedział że nadana z rąk Niemców godność będzie mu (podobnie jak pozostałym regentom– Ostrowskiemu i Kakowskiemu) uwierać. Tak się stało. Społeczeństwo najczęściej widziało w nich marionetki, nie doceniało, bo nie znało, codziennej pracy regentów i tworzenia podwalin pod przyszłą administrację państwową. Struktury, które zorganizowała Rada Regencyjna, zostały w większości przyjęte przez porządek prawny II Rzeczypospolitej. Wyszkolono sztaby pracowników do administracji państwowej, powstały akty prawne, powołano służby dyplomatyczne, zaczątki polskiego wojska. To za tamtych czasów powołano działające do dziś Dziennik Ustaw i Monitor Polski. Trzeba pamiętać również o tym, że to Rada Regencyjna ogłosiła deklarację niepodległości państwa i uczyniła to już 7 października 1918 roku! A więc przed 11 listopada, kiedy to przekazała władzę wojskową Piłsudskiemu. O Lubomirskim i Radzie Regencyjnej szybko zapomniano. Rada ustanowiona z ramienia okupantów źle się kojarzyła. Również w późniejszych powojennych czasach. Jednak ostatnio pojawiły się wreszcie publikacje, które starają się zrehabilitować Radę Regencyjną jako organ władzy, który miał duże zasługi w budowie przyszłej państwowości.

Dlaczego Lubomirski zdecydował się wrócić do polityki po zamachu majowym?
Lubomirski po przekazaniu władzy Piłsudskiemu rozpoczął polityczne wakacje. Jednak ze sprawami politycznymi był na bieżąco. Znał wszystkich, bywał w salonach, prowadził rozmowy. To, że nie pełnił przez długi czas żadnych oficjalnych funkcji, nie znaczyło, że nie śledził tego, co się dzieje w kraju i na świecie. Polityka chyba zawsze go pociągała. Powrócił, bo widocznie sądził, że jeszcze ma coś do zrobienia. Szerokie kontakty w europejskich sferach arystokratycznych nie ochroniły księcia przed prześladowaniami z rąk Niemców. W czasie II wojny światowej Niemcy chcieli pozyskać do współpracy Lubomirskiego, ten jednak kategorycznie odmówił. Nie zapomniano mu tego. Aresztowano go, znalazł się na Pawiaku. Wyjście stamtąd graniczyło z cudem. A jednak to właśnie szerokie kontakty i znajomości pozwoliły na uwolnienie księcia. Interweniował w jego sprawie marszałek Mannerheim, a nawet sama królowa włoska Helena.

Interesującą postacią była żona księcia, Maria z Branickich. Była wielką miłością marszałka Carla Gustafa Mannerheima, ojca niepodległej Finlandii, człowieka, który uratował swój kraj przed sowieckim atakiem w czasie wojny zimowej (1939-1940). Może pani opowiedzieć o tym naszym czytelnikom?

Maria z Branickich była bardzo interesującą postacią – inteligentna, utalentowana literacko (pozostawiła m.in. ciekawe pamiętniki), taktowna, była wzorem wielkiej damy.


Chyba trudno już dziś dociec, co łączyło ją z przystojnym marszałkiem Mannerheimem. Czy była to wielka miłość, czy zauroczenie, czy porozumienie dusz, czy przyjaźń?

Poznali się podobno w Petersburgu, potem po latach spotkali ponownie w Warszawie, gdy Mannerheim służył w wojsku rosyjskim i dowodził carskimi ułanami. Rozmawiali dużo ze sobą, bywał w warszawskiej rezydencji Lubomirskich na Frascati na herbatach, gdy się nie widzieli krążyła miedzy nimi korespondencja. Ponoć gdy w 1948 roku Mannerheim niszczył swoje archiwum, postanowił ocalić jedynie listy od swej polskiej przyjaciółki. Różnie pisano po latach o tej znajomości, pojawiły się plotki i choć natrafiłam pisząc książkę na dość sensacyjne doniesienia w różnych artykułach, myślę, że znajomość Marii Lubomirskiej i Gustafa Mannerheima nie przekroczyła nigdy granicy platonicznego uwielbienia.

Dziękuję za rozmowę.

Książe Lubomirski - Człowiek posiadający „pewne cnoty, które ludzi pociągają, i pewne wady, które ludzie wybaczają. Reprezentacyjny wyjątkowo, o pięknej męskiej, jakby stale ogorzałej twarzy, o postaci krzepkiej, w każdym calu rasowy, dziarski, szorstki momentami, obraca się z jednakową swobodą w salonie, w sali narad, w taniej kuchni na Starym Mieście (…) w temperamencie jego nie ma nic z surowości zakonnika. (…) Nie gardził rozrywką, nie stronił od uciechy. Chętnie za zwierzem dzikim po zielonej kniei gonił i najmilszym towarzyszem był w klubie, w wykwintnych salonach rozmarzone spojrzenia tkliwie za nim błądziły…” – w ten sposób w „Dzienniku Polskim” z 1915 roku został przedstawiony książę Zdzisław Lubomirski – mąż Marii z Branickich, prezydent Warszawy, od 1917 roku członek Rady Regencyjnej. Opowieść o jego życiu przenosi nas w jakże fascynujące, ale też burzliwe czasy przełomu XIX i XX wieku i pokazuje, z jakimi dylematami musieli zmagać się ci, którzy na swoich barkach dźwigali losy ojczyzny. Obchodzone niedawno stulecie niepodległości Polski to doskonała okazja, aby przypomnieć czytelnikom życie Księcia Regenta – jednej z ważniejszych postaci tamtej epoki.